O stabilności, a raczej o tragicznych skutkach jej braku

Wyobraźmy sobie jakiegoś Pana Jana. Pan Jan to nikt wielki: przeciętna żona, pewna ilość przeciętnych dzieci, przeciętna praca i takież za nią wynagrodzenie. Przeciętne są także poglądy Pana Jana na rzeczywistość. Ci dobrzy, ci źli, ale – że „dobrych” sam wybierał a do „złych” dostępu nie ma – bez napinki, ot, czasem się kurwa z macią z ust Pan Jana przed płaskim ekranem wyrwie, i to cała manifestacja.

Przeciętne jest także otoczenie Pana Jana. Ne ma tam wielkich ludzi, ale i nie ma cuchnących meneli, czy agresywnych kiboli. W takim otoczeniu Pan Jan i wielu innych Panów Janów to ludzie czasem uroczy, czasem nieznośni, ale generalnie, idzie z nimi żyć. Jest Pan Jan studium osobnika dobrze przystosowanego do środowiska a także elementem populacji dobrze funkcjonującej w swoim ekosystemie.

Ale ekosystem, zwłaszcza społeczny, nie zawsze bywa przeciętny. Czasem, w chwilach zmian społecznych i historycznych, bywa też groźny. Gwałtownie rozchwiewa się równowaga informacyjna takiego środowiska – a populacje i biocenozy, czyli Panowie Janowie, jak umieją, tak wykorzystują cechę, w biologii zwaną radiacją adaptacyjną. Polega ona na zdolności uruchomienia rezerw potencjałów osobniczych każdego Pana Jana z osobna tak, aby choć częściowo przywrócić równowagę psychiczną każdego osobnika.

Jakie to rezerwy? Różne, panie, różniste. Zależą od tytułowej stabilności. Jeśli jest Pan Jan osobnikiem niestabilnym, to niewielkie nawet zmiany środowiska, np. zmiana władzy, powodują, że Pan Jan zaczyna wszędzie widzieć spisek międzynarodowego żydostwa, choć wcześniej zupełnie go to nie interesowało. Albo też nagle Pana Jana oświeca i staje się on pożytecznym idiotą takiej czy innej siły politycznej. Jeszcze inne obserwowane w takich sytuacjach zjawisko, to zainteresowanie się Pana Jana zdecydowanie od niego młodszymi kobietami, ezoteryką albo niezawodnymi systemami rozbicia banku w jakiejś grze hazardowej.

Tak, czy owak staje się Pan Jan z dnia na dzień inną, niż ją znaliśmy, osobą. Nie każdy może z nim się teraz wódeczki napić, oj, nie każdy. I zupełne nie widzi Pan Jan tego co się z nim dzieje, jemu się wydaje, że wciąż. jest taki sam jak wczoraj i przedwczoraj. A jeśli mu kto zwróci uwagę na te zmianę, reaguje Pan Jan mieszaniną zdziwienia i agresji. I tyle było człowieka…

Czasy takie, że Panów Janów pod dostatkiem. Ba, coraz to ich przybywa. A to dlatego, że „coś” – tyleż nieodgadnione, co i potężne – bezceremonialnie bierze ludzi w posiadanie, przeprogramowuje ich mózgi, i na automaty do własnej reprodukcji przerabia. Filozof Hegel może by nazwał „to coś” Duchem Dziejów, biolog Richard Dawkins wirusem kulturowym (memem) – wiadomo, o co chodzi. W każdym razie u Pana Jana przyjemność bycia razem dyjabli biorą, trzeba się opowiedzieć, po czyjej jest się stronie, a jeśli po niewłaściwej, lub, co gorsza, żadnej, marny, człowiecze twój los! Z mety zaczniesz robić za żyda, lewaka, faszystę, najgorszy sort człowieka, czy innego tam wroga ludu.

Żeby było śmieszniej, szczepionka na opisaną tu chorobę Pana Jana jest znana i bardzo skuteczna: to wprawianie się od najmłodszych lat w samodzielne myślenie i takież odczuwanie, kultywowanie codzienne odrobiny dystansu i luzu (także do siebie samego), z zaufaniem korzystanie z własnego zdania i własnego poczucia humoru… No ale antyszczepionkowcy nasi dzielni także i w tej szczepionce znaleźli już śmiertelną chemię, które związek z autyzmem, debilizmem, żydactwem i lewactwem został „naukowo udowodniony”.

Tak zatem niestabilności i związanemu z nią organicznie wzmożeniu narodowemu/społecznemu/ politycznemu (niepotrzebne skreślić) wróżę niniejszym świetlaną przyszłość. Tylko kto będzie po tym wszystkim sprzątał? Bo jest jakoś tak, że nawet gdy środowisko się przekształci, odnajdzie swoje nowe równowagi, ustabilizuje się wreszcie po okresie burzliwych przemian – niestabilne osobniki z dnia na dzień spokojnieją. Panowie Janowie udają, że nic się nie stało, znów można się z nimi wódeczki napić, choć wczoraj jeszcze głośno gadali o wieszaniu na latarniach. Ale co zniszczyli w okresie swej niestabilności, to już od latarni nie bardzo da się żywe odciąć…

Kto będzie leczył zaczadziałych Panów Janów z ich zaczadzenia, zanim jeszcze w amoku dziejowym potężnych szkód narobią?

Standard

O konieczności ochrony gatunkowej

No i dłużej ukryć się nie da: jestem gatunkiem ginącym. Jeden z moich fejsbukowych znajomych, człowiek wyraźnie mi życzliwy, nawet wymyślił dla tego rzeczy stanu wcale dowcipne określenie, nazwał mnie „ćpunem kultury” – i miał rację. Ćpuny kultury, wizjonery jakieś zatabaczone, szaleni wynalazcy – wszystko to ginie, rozpada się, do panopticum szybko, coraz szybciej zmierza…

Nie tak dawno oglądałem wcale interesujący program o wynalazcy odkurzacza bez worków. Jak to ów wynalazca, jako względnie młody jeszcze człowiek skonstruował taki odkurzacz – a potem zaczęła się jego (człowieka, nie odkurzacza) życiowa gehenna. Wynalazek nie wzbudził zainteresowania żadnej produkującej odkurzacze korporacji, sen o milionach rozwiał się jak dym. No i nasz wynalazca dwadzieścia lat życia poświęcił, żeby w końcu wypromować swój odkurzacz. Dwadzieścia lat wiary w wynalazek, wiary fanatycznej, której nie powstydziłby się niejeden dżihadysta… Dwadzieścia lat wysiłków, zwątpień, dwadzieścia lat czegoś, co sam aż za dobrze znam jako „grę w nadzieję”… Wynalazcy udało się, dziś jest fabrykantem odkurzaczy bez worków i bogatym, szanowanym człowiekiem.

A po co mi do moich lamentów wynalazca odkurzacza bez worków, skoro odkurzacz z workiem wcale nie jest w użyciu gorszy? – A dlatego, że – jako ćpun kultury- znam sporo żywotów, poświęconych celom nierównie jednak dla Ludzkości ważniejszym niż bezworkowy odkurzacz. A skoro w programie telewizyjnym za idola robił wynalazca odkurzaczy bez worków a nie np. wynalazca idei pokojowego współistnienia różnych kultur, przeto wniosek czytelny: czas wielkich idei mija, idee owe rozmywają się a wiedza np. filozofa najchętniej spożytkowana bywa… tak, tak, w agencjach reklamowych – tam ponoć radzą sobie oni najlepiej.

Tak zatem erudycja zdobywana w czasach analogowych, gdy Wikipedia nikomu się nawet nie śniła, właśnie staje się bezużyteczna – bo Wikipedia istnieje, wraz z nią istnieją nieprzebrane rzesze ekspertów od wszystkiego, co można w Sieci znaleźć, a niemało tego, i ilość informacji wciąż rośnie. Że przedpotopowej erudycji analogowej towarzyszyło wiernie uczenie się syntezy informacji, selekcjonowania jej, a też nauka wyrażania jej w formie w miarę estetycznej i w miarę strawnej dla odbiorcy – dziś to już balast, bo szukamy informacji nie tyle pożytecznej, co emocjonującej, do tego podanej w formie jak najbardziej rozrywkowej.

I tu dochodzimy do tzw. jądra sprawy: ja i mnie podobne dinozaury (trochę tego jeszcze jest, bezczelnie nie wymieramy na komendę zwycięskich e-szczawików) powinny bezwzględnie dostać ochronę gatunkową. Korzyści będą z tego wielorakie: moje i mnie podobnych okazów poczucie bezpieczeństwa, a dla osobników szybciej niż ja przebierających palcami po ekranowej klawiaturze smartfona – stworzenie czegoś, co biologia nazywa rezerwą genową populacji. Czyli zasobu informacji, która na co dzień, w sprawnie funkcjonującym systemie lajkowania kotków i taakich lasek, nie jest szczególnie potrzebna – ale może okazać się bezcenna, gdy kotek, niechby i najpuszystszy, nie rozstrzygnie skomplikowanych zagadnień etycznych a młoda laska, niechby i z zajebiście zgrabnym tyłeczkiem, nie napisze nic sensownego w odpowiedzi na pytania egzystencjalne.

Koszty takiej ochrony nie będą dla żadnego budżetu rujnujące, bo dinozaurów już niewiele, a i potrzeb wielkich nie mają. Ich wymagania to tylko tyle, żeby dać im raz na jakiś czas zaistnieć – równo wtedy, gdy przydadzą się „analogowe”, przedinternetowe cechy umysłu. Nawet nie mamy – my, dinozaury – wielkiej potrzeby uznania, owego charakterystycznego dla pokolenia cyfrowego kompulsywnego oczekiwania na lajki w odpowiedzi na wieść o tym, co kto wchłonął, co wydalił, jaki był zajebisty na imprezie, a jaki debeściarski podczas jazdy metrem z pracy.

Nasi nowi władcy właśnie zapowiadają Wielkie Zmiany Na Lepsze. Naprawdę nietrudno będzie wśród tych zmian wprowadzić i taką, która dinozaurom da trochę społecznego bezpieczeństwa. Odwdzięczą się dinusie, gdy nowi władcy tyle już zmian wprowadzą, że sami się pogubią, co tu na lepsze a co na nowe tylko było – i wtedy wyjaśnią dinozaury wierne ogłupiałym zmieniaczom, te prawa świata, których na cyfrowych Akademiach Właściwie Wszystkiego nie uczą, a których znajomość, w analogowych czasach nabyta, umożliwiła dinozaurom dożycie sędziwego wieku w kondycji na tyle dobrej, że mają czelność ochrony gatunkowej się domagać, i ta metodą swój starczy dobrostan przedłużać…

Standard

Opowieść alchemiczna

Słabo oświetlonymi ulicami Wielki Uczony wracał do domu ze swojej pracowni. Miał powody do zadowolenia. Tej nocy udało mu się uruchomić eksperyment, nad którym pracował od trzydziestu lat – teleportację człowieka do dowolnego miejsca w czasie i przestrzeni. Próbował oczywiście na sobie. Teleportował się w średniowiecze i wrócił. Nie miał żadnej pewności, czy zostawione same sobie automaty zadziałają tak, jak je zaprogramowano. Zadziałały, co za ulga! Uczony po godzinie spędzonej na rynku średniowiecznego Gniezna z maja 1405 roku około południa – wrócił do swego Wrocławia anno domini 2006, koniec listopada, godzina 23:15… Jeszcze nie wszystko działało jak trzeba, ale już było wiadomo, że to tylko kwestia dopracowania projektu. Trzydzieści lat życia! Trzydzieści lat  nieudanych przeważnie doświadczeń, trzydzieści lat podniecania się nadzieją, trzydzieści lat wyrzeczeń, rozbita rodzina, mocno nadszarpnięte zdrowie… ALE DZIAŁA! No i teraz, na progu starości, wreszcie możliwość wystawienia życiu rachunku, i to grubego – bo ten wynalazek to każdy będzie chciał i nikt się o cenę targował nie będzie, mam zapewnioną spokojną starość…

Pogrążony w takich rozmyślaniach nie zauważył trzech tęgich byczków zachodzących mu drogę. Kiedy się zorientował, było już za późno – trzech łysoli w glanach, wyraźnie szukających zwady już miało go dla siebie, możliwości ucieczki nie było. Cholera, zapomniałem, gdzie żyję, przecież teraz tego tałatajstwa wszędzie pełno a policja tylko im przyklaskuje – przemknęło mu przez głowę.

– Te, żydek… wpierdol chcesz? – odezwał się jeden z łysoli. Wielki Uczony był postury raczej mizernej a nos miał cokolwiek wydatny. Pozostali skini wyraźnie szykowali się do – jak to często między sobą mawiali – „wypierdolenia pierdolonego żyda, kurwa, w kosmos jebany”.

Wielki Uczony w lot zorientował się, co mu grozi. Widział, że, jeśli skini zaczną bić, nie ma szans. Ale i wiedział, że ma coś na swoją obronę. Coś, czego jego przeciwnicy nawet nie mogli sobie wyobrazić.

– Chłopcy – zaczął – mam dla was coś lepszego, niż skopanie na śmierć starego, bezbronnego człowieka…
– Co ty, żydzie jebany, możesz mieć, szykuj się, oczyścimy świat od żydowskiego śmiecia! – wrzasnął skin.
– Spokojnie! – powiedział cicho, lecz dobitnie Wielki Uczony. – Ja nie jestem zwykły żydek, ja mogę wam spełnić to marzenie, w imię którego teraz chcecie mnie zabić…
– A co to takiego, żydek? Tylko się streszczaj, bo mnie, kurwa, wściekłość na ciebie napierdala!
-Co takiego? – powtórzył Wielki Uczony? Ja jestem naukowcem. Zbudowałem taką aparaturę, która może was przenieść tam, gdzie biała rasa rządzi podludźmi… to wasz świat, prawda?
– Kurwa, kpisz sobie z nas? – wrzasnął skin i już-już miał ruszać na Wielkiego Uczonego, kiedy jeden z jego towarzyszy powstrzymał go. – Kiedyś coś czytałem… teleportacja, jak w skajtreku?
– Dokładnie, tyle że w realu – odpowiedział Wielki Uczony.
– Dobra – wycedził drugi skin. – ale jak nie, to masz wpierdol podwójny. – Idziemy! – zakomenderował do swoich komilitonów.

Do pracowni Uczonego nie było daleko. Po pięciu minutach marszu skini zobaczyli dziwną aparaturę i jeszcze dziwniejszych pięć skafandrów do niej podłączonych, rozłożonych na środku zagraconej pracowni.
– Poproszę pierwszego z panów – odezwał się Uczony. – Proszę, proszę, tak, tak, do skafandra… Sprawnie pomógł pierwszemu skinowi zamknąć skafander i zapytał: jak tam? Można oddychać? – Można, a co się stanie zaraz? – zapytał skin w skafandrze, wyraźnie niepewnym głosem.
– Jeszcze chwila, muszę pomóc pańskim kolegom, bo wszyscy musicie być teleportowani jednocześnie i w ten sam punkt… Za chwilę tam będziecie i zobaczycie, że was nie oszukałem, że naprawdę będziecie w miejscu, gdzie biała rasa rządzi podludźmi. Swoją wędrówkę rozpoczniecie we śnie, za chwilę podam do skafandrów coś w rodzaju narkozy. Proszę się nie bać zrobi się wam błogo, zaśniecie i za chwilę obudzicie się w miejscu i czasie docelowym. – Mówiąc to pomagał pozostałym dwóm skinom dopinać skafandry. Na stojącej obok skafandrów szafce nacisnął klawisz „Przygotowanie”; chwilę później cichy syk poinformował, że do skafandrów dochodzi gaz usypiający. Następnie pracownię zalało dziwne, niebieskawe światło a Uczony szybko przeszedł do pulpitu sterowniczego. Potem kilka kliknięć myszką i na ekranie pokazały się okienka z napisami „4 marca 1943” „Auschwitz”, „19°08’E 50°02’N” i przyciski ekranowe „Teleportuj” i „Anuluj”. Kursor myszki powędrował na „Teleporuj” i Uczony kliknął go. Zaszumiały wentylatory chłodzące aparaturę, zabłysły oślepiające stroboskopowe światła, migały przez minutę, a potem wszystko zgasło, zniknęła błękitna poświata, zapaliło się w pracowni normalne oświetlenie. Uczony ostrożnie, z niepokojem i z boku, żeby nie być widocznym, zajrzał w wizjery skafandrów. Nie było błędu, prototypowe aparaty nie zawiodły – skafandry były puste, teleportacja się udała. Można wracać do domu. Uczony pomyślał, że tym razem nie będzie ryzykował, do domu zamówi taksówkę…

… Skini tuż po obudzeniu poczuli przejmujący chłód. Spojrzeli na siebie i zobaczyli, zamiast muskularnych, nabitych ciał, wychudzone szkielety z obwisła skórą, po której spacerowały wszy. Ubiory też były inne, niż przed teleportacją, zamiast skóry i glanów mieli teraz na sobie brudne, przepocone pasiaki i drewniane saboty. Wokół straszliwie śmierdziały inne niemyte ciała i ich fekalia. A z drzwi baraku doszedł ich wrzask łamaną polszczyzną człowieka w czarnym mundurze:

– Pohlaczki, wstawacz! No jusz, polnische schweine, aufstehen, aber schnell! Und zum Appelplatz, schneller, schneller! Jesteszcze gdże Herrenvolk rządzicz Untermenschen! Raus! Zum Appelplatz laufen!

Standard

Jaka piękna katastrofa!..

Nie, nie, choć fejsbuk masowo się farbuje na trójkolorowe barwy Republiki, choć łącza grzeją się ostro od mniej i bardziej szczerych deklaracji współczucia/oburzenia/solidarności – nie będzie nic o niedawnym ataku islamskich fanatyków na Paryż. Będzie za to – o procesie, który pośrednio do niego doprowadził. Znacie? To poczytajcie:

Pamiętamy Aleksego Zorbę z powieści Nikosa Kazantzakisa? Na pewno pamiętamy, bo kto tylko przeczytał tę niepozorną książkę zapewne natychmiast Zorbę nie tylko zapamiętał, ale i pokochał. Nie powinien tego faktu zmienić mocno przereklamowany film z Anthonym Queenem, zdecydowanie bardziej nadymający ego tego znakomitego skądinąd aktora, niźli przekazujący treść książki, na której podstawie napisano hollywodzki scenariusz. Sam zdecydowanie wolę książkę w świetnym przekładzie Nikosa Chadzinikolau.

„Grek Zorba” to nie tylko dobrze napisana opowieść o żywotnym i bystrym prostym człowieku z Krety; to także – a może przede wszystkim? – świetna metafora europejskiej kultury, nie tylko świeżo powojennej (powieść ukazała się po raz pierwszy w roku 1946). Kogo w niej poznajemy? – Obok samego Zorby, także człowieka zwanego w powieści Szefem, odmalowanego jako przerafinowany i zneurotyzowany inteligencik, który zapewne kilka lat po powrocie z Krety do Paryża czy Nowego Jorku będzie zalewał swój egzystencjalny lęk piosenkami Juliette Greco, lekturami Sartre’a i Camusa, no i oczywiście – obowiązkowo! – perfekcyjnie przyprawionymi mięsami i wysokogatunkowymi trunkami. A wszystko to w całkiem porządnych i wcale nietanich knajpach, we wcale snobistycznych salonach, no tak, żeby porozpaczać, ale w miarę, a potem może ubić jakiś całkiem dochodowy interesik? Moralność upada na coraz wygodniejsze posłania, westchnął w tymże czasie Stanisław Jerzy Lec… Tak zatem jest Szef wcale udatnym studium typowego impotenta duchowego. Kazantzakis jest dla niego litościwy, nie wystawia go na gryzącą ironię. Zadowala się naszkicowaniem tylko tego impotenta i z ciepłym, lirycznym humorem ukazania go światu. Bo Kazantzakis wyraźnie kocha ludzi, nawet takich.

A Zorba? No, ten jest tak potężny że wychodzi ze stron książki i staje przed nami żywy. Celowo nie używam wyświechtanego „jak żywy”, bo dla mnie Aleksy Zorba JEST żywy. Nic w nim impotencji, nic z fałszywego hamletyzowaia, nic z obłudy, jakiej kultura europejska produkuje sporo. Zorba zna i na każdym kroku z zapałem wciela w życie prawdę nieco wcześniej podaną przez Bolesława Leśmiana: „W życiu nic nie ma oprócz życia/Więc żyjmy aż po kres mogiły!” Jednak Leśmian to wrażliwy neurotyk, objawionej przez siebie prawdy teoretyk i marzyciel – a Zorba to żywe i skończenie doskonałe jej ucieleśnienie.

Czy już coś kojarzymy? – Ależ tak! Dzieło Nikosa Kazantzakisa to nie opowieść o znudzonym inteligenciku i zdrowym ludzie prostym; to świetna diagnoza ni miej ni więcej, tylko kultury europejskiej XX w., aktualna po dziś dzień. Szef to oczywiście kultura „wysoka”, ta sama, która wydała idee dwudziestowiecznych rewolucji – i ta sama, która je do imentu skurwiła w wojnach tego „najkrótszego stulecia”. Zorba – to kultura pierwotnej, odpornej na wszelkie skurwienia żywotności. Tej niosącej nadzieję dla zrytego wojną kontynentu.

Metafora dana przez Kaznatzakisa pozostała słabo zrozumiana, bo Europa po swoim okresie odbudowy z ruin, szybko zaczęła bełkotać coś o jedności gospodarczej, coś o misji zwyciężenia sowieckiego „imperium zła”, coś o „wartościach uniwersalnych”. Przesłanie Zorby rozwijali natomiast – i to jak! – genialni gówniarze ze zwariowanych lat 60-tych, wykrzykujący z rockowych estrad „roll over Beethoven!”. Ale ten bunt został szybko i sprawnie spacyfikowany, rozmył się w milionowych zyskach wytwórni płytowych, w wysokopłatnej modzie na wolną miłość i równie dobrze popłatnej produkcji wszelkich służących tej miłości rekwizytów. Ucieszyli się handlowcy, że pojawiła się żyła złota, Zorba odszedł ze świata wraz ze swoim santuri – a duch trupiego rozkładu, po wojnie pozostał i z talentem przez Jacquesa Derridę i jego komilitonów przekształcony w dekonstrukcjonizm, relatywizm, czy jak tam tę zarazę nazwiemy- rozwielmożnił się w kulturze i za niedościgły wzór do dziś nam robi.

Owszem, miała powojenna, czy też post-zorbowa Europa swoje chwile autentycznej chwały: to wizje Schumanna, de Gasperiego, Adenauera, Becha i innych ojców-założycieli integracji kontynentu; to powstanie węgierskie z roku 1956 i czechosłowackie z 1968. To i nasza pierwsza „Solidarność” z lat 1980-81, i straceńcza misja Michaiła Gorbaczowa. Ale szybko – upiornie szybko! – wizje rozmywały się w sporach o władzę i wpływy, w poprawności politycznej, w żywotnych interesach i strategicznych strefach wpływów…

Tak właśnie nie odrodziła się Europa; choć gospodarczo jest potęgą, choć kulturowe dziedzictwo ma imponujące zaiste – nowoczesnego, żywotnego i płodnego mitu, który by ją spajał i napędzał, wciąż nie ma. Pozostało sporo ziemi do zasiedlenia i sporo dóbr do zagrabienia. W sam raz coś, co do bogatego lecz niezdolnego do rozwoju Szefa przyciąga… prostaka, ale nie tego z powieści Kazantzakisa, tylko takiego, który dysponując żywotnością Zorby, ani zbliża się nawet do jego głębi i mądrości.

A dziś – mamy barbares ante portas. Kiedy zaś barbares ante portas, nic lepszego niż własnych barbares, czyli armii NASZYCH Zorbów właśnie, nie wymyślimy. Ale nie wymyśliliśmy: zamiast Europy odświeżającej, serdecznej, pewnej siebie i dlatego gościnnej żywotności mamy Europę odrażających, fałszywych do imentu staruchów, bojących się o swoje żywotne interesy i strefy wpływów, drżącą, żeby się nikt nie wychylił, żeby nikogo tu nie urazić, bo zaatakuje i zabierze. A tak się nie da, nie tedy droga do prawdziwe sprawnego, ożywiającego kulturę i dającego radość bycia razem, a nie tylko odgórnie zadeklarowanego multi-kulti.

Widzisz, Szefie, jaka piękna katastrofa?

Standard

Znak Skorpiona

W astrologii znak Skorpiona to miejsce groźne, o czym lojalnie ostrzegają wszystkie podręczniki tej wiedzy. Niektóre nawet określają go jako „najgorszy znak”. Nie bez racji, bo treścią Skorpiona jest ni mniej, ni więcej, tylko – doświadczenie śmierci, a przyjemne ono mało…

… Moja Mama urodziła się pod znakiem Skorpiona a do tego osiem lat przed II wojną światową i w tradycyjnej, acz nieortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, zamieszkałej w sztetlu Biłgoraju. Na początku nic w jej życiu nie zapowiadało Znaku Skorpiona. Była rozpieszczana przez ojca, miała do niego zawsze dostęp, co w rodzinach żydowskich, nawet nieortodoksyjnych, regułą nie bywało. Ale Skorpion wymaga, aby w pewnej chwili w bajce pojawił się koszmar. Pojawił się w 1939 r., i miał postać najpierw Wermachtu a potem Einsatzgruppen. Mama z rodziną patrzyła jak unser sztejtł brent… I tak miała szczęście: na sowiecką stronę przepuścił Ją i resztę rodziny Austriak, wermachtowiec, jeszcze nie do imentu zdegenerowany, bo zadowolił się pierścieniem z brylantem.

Reszta wydarzeń standardowa: wywózka na Syberię, gdzie Mama utraciła swego ukochanego ojca. Zakatowało go NKWD i tak oto jedenastolatka poznała śmierć. Potem przywykła, bo ludzie na Syberii marli jak muchy, jedni z głodu, inni z zimna, jeszcze inni z przepracowania w pobliskim łagrze…

… Skorpion jednak to nie tylko śmierć. To także – gdy już wydaje się, że wszystko skończone – zmartwychwstanie, odrodzenie się jak Feniks z popiołów…

…Latem 1944 r, Mama i ocalała część rodziny została, niepojętym zrządzeniem losu, wywieziona z Syberii na Ukrainę. Cieplejszy klimat, żyzne ziemie. Ale Skorpion czuwał: już na Ukrainie straciła Mama – swoją mamę, która, wciąż oddając dzieciom swoje porcje jedzenia, w końcu sama z głodu zmarła. Dzieci Skorpion oszczędził…

Potem nastąpiły wydarzenia dobrze znane z historii: w 1946 roku Mamę i jej rodzeństwo zapakowano do bydlęcych wagonów, wagony te ruszyły na Zachód, i po kilku miesiącach dotarły do nie wiadomo, czy już Wrocławia, czy jeszcze Breslau. Poszła czwórka dzieci przez morze ruin von Bahnhoff zum Hundsfeld, gdzie mieściła się delegatura PUR. Tam Mama – za sprawką Skorpiona, bo kogóżby innego! – podała datę urodzenia dwa lata wcześniejszą, niż rzeczywista, a to dlatego, że chciała iść do gimnazjum, jak najszybciej się wykształcić i być niezależna. Tak, tak, Skorpion lubi takich, co, choć dzieci jeszcze, już o życiu wiedzą o wiele za dużo – Mama miała wtedy 15 lat…

… Wszyscy autorzy piszący o Skorpionie, zgodnie podają, że po zafundowanym przez niego zmartwychwstaniu, nic nie będzie takie, jak było przed nim. Będziemy także musieli, niczym bułhakowowska Małgorzata na balu u Wolanda-Szatana – Skorpiona, a jakże! – szybko zrozumieć, że niczego nie pragniemy, a to świetnie, bo ONI i tak wiedzą, co dla nas najlepsze…

… No i nic nie było takie jak dawniej. Polska budowała Nowy Wspaniały Ustrój, zaczynały się lata rodzimego stalinizmu, a Mama, ukończywszy z wyróżnieniem liceum, miała wolny wstęp na dowolne studia. Była bardzo zdolna, więc przez chwilę myślała o dyplomacji. Ale Skorpion czuwał, nie dopuścił – na Mamy szczęście tym razem – do takiego rozwoju wydarzeń. Żydówka w polskiej dyplomacji lat 50-tych, z nieodległą perspektywą Marca ’68! – nie, tego nawet dla Skorpiona było za dużo, i skierował Mamę na Politechnikę Wrocławską. Ukończyła ją przed terminem i z wysokimi ocenami, a ówczesny przemysł płacił może nie tak, jak dyplomacja, ale nieźle…

… Inna opowieść o zodiakalnym Skorpionie to mit o Hydrze lernejskiej, pokonanej przez Heraklesa. Jak pamiętamy, z siedmiu odciętych łbów potwora, jeden pozostał żywy i tylko czeka aż go ktoś nierozważny odkopie – z tego łba plugawego odrodzi się Hydra, jak nowa! Psychologiczna interpretacja tej przypadłości Znaku Skorpiona to nie dające się stłumić lęki i koszmary, jakie często są udziałem ludzi spod tego znaku…

… Mama szybko się w przemyśle odnalazła, zasmakowała wolności, jaka była wtedy dostępna, poznała mojego Tatę, urodziła mnie, nic tylko żyć a żyć! Była też osobą potężną i życiowo zaradną: gdy pojawiał się problem, uśmiechała się do mnie i mówiła cicho: nie martw się, synku, poradzimy sobie jakoś – i zawsze jakoś sobie radziliśmy… Ale to nie dla Skorpiona taka wolność: jeszcze jako kilkuletni brzdąc, nic z tego nie rozumiejąc, słuchałem o dziadku Aaronie, o jego wielkim sercu, o raju sztetla i piekle Syberii. Mama rozwijała się, awansowała, miała u ludzi wielkie poważanie, miała spore osiągnięcia – a koszmary dziewczynki, która nad zwłokami ojca Boga się wyrzekła, ani myślały znikać, przeciwnie, rosły i rosły, co miałem okazję obserwować przez wiele lat…

… Skorpionom zdarza się – gdy nie umieją się ze swych koszmarów-tajemnic wyspowiadać – że pragną śmierci; nie tej, po której się jeszcze na skorpionową modłę zmartwychwstaje, ale tej prawdziwej, która kończy wszystko, zabijając i koszmary, i ich nosiciela….

… Taką śmierć Mama przyzywała przez ostatnich dwadzieścia lat swego życia. W młodości szastała zdrowiem, co bezlitośnie odbiło się na jej kondycji wieku starszym. Przedwcześnie pomarszczyła się piękna niegdyś twarz, przedwcześnie pojawiły się dzikie, napadowe bóle, których nikt nie umiał ukoić, przedwcześnie przyplątała się depresja, której Mama – to też element przyzywania śmierci! – nie pozwalała nigdy leczyć, choć skuteczne terapie były na wyciągnięcie ręki. Coraz mniej sprawna, coraz mniej żywotna, coraz częściej opowiadała o Syberii, jakby rozszarpując swoje własne rany, jakby wciąż była dziewczynką, kurczowo wczepioną w konającego ojca. I tak dożeglowała do swoich osiemdziesiątych i ostatnich zarazem urodzin…

… Według wybitnych astrologów, Skorpion to często życie w jakiś sposób pokutnicze, skazujące człowieka na bez końca rozpamiętywanie i przeżywanie jakiegoś szczególnie traumatycznego swego momentu. Wg tych samych astrologów – gdy życie takie dobiegnie końca, dusza wolna jest od czyśćca i swobodnie może podróżować po różnych Wszechświatach, wszędzie hosanną witana…

… Kiedy dziś odwiedzam grób Mamy, zdumiewam się spokojem, jaki od tego grobu promieniuje. I często myślę sobie – astrolog od trzydziestu już lat, bo przygodę z tą wiedzą zaczynałem jako młody chłopak – że prawdziwe są słowa Wolanda-Szatana-Skorpiona o niezasłużeniu na Światłość, lecz zasłużeniu na spokój. – Błogosławieni, którzy, przeszli przez Znak Skorpiona i lekcję jego zrozumieli, albowiem oni Spokojem cieszyć się mogą!

Standard

O potędze teorii spiskowych

Udało się! Wyprawa złożona z bezwzględnych tropicieli ogólnoświatowego spisku międzynarodowego żydostwa i banksterstwa, dotarła do swego celu. Przed nimi już tylko ostatnie opancerzone drzwi. Cały wolny świat bojowników o wolność od żydostwa i banksterstwa latami łamał szyfry pancernych wrót – i oto złamał te ostatnie. Z rykiem tryumfu wdarli się bojownicy do wielkiej komnaty, gdzie spodziewali się dopaść tłustych krwiopijców.

Jednak w wielkiej sali, gdzie, zgodnie z najtajniejszymi planami, miał się znajdować okazały tron Arcy-NWO, nic takiego nie było. Zdobiona najdroższymi kamieniami i dwudziestoczterokaratowym złotem sala wydawała się pusta, niczym Święte Świętych z żydowskiej Wielkiej Świątyni sprzed dwóch bez mała tysięcy lat.

Bojownicy byli wściekli. Znienawidzony prześladowca jednak uciekł! Pewnie zawczasu wyszykował sobie rakietę i teraz, gdzieś w drodze do swojej plugawej reptiliańskiej ojczyzny w nos śmieje się najszlachetniejszym ze szlachetnych! Najszlachetniejsi ze szlachetnych jeszcze raz przejrzeli plany – o pomyłce mowy być nie mogło, to te podziemia, ten labirynt i ta sala.

Przez chwilę wszelkie nadzieje legły w gruzach. Jednak ktoś z bojowników spojrzał w odległy róg sali i tam coś zobaczył. Wszyscy szybko tam pobiegli. W ciemnym rogu stał fotel, a na nim siedział człowiek. Fotel, choć porządny, nie był jednak okazały. Siedzący na nim człowiek też nie był wyniosłym mocarzem – okazał się pomarszczonym, skulonym starcem.

Zapanowała konsternacja. Opadły lufy uzi, kałasznikowów, opadły lasery i tasery. Bo co tu robić? Było jasne, że siedzący na tronie starzec nie miał żadnej mocy a jednocześnie wydawał się jedynym lokatorem komnaty. Może chociaż coś wie o rzeczywistych oberżydach i arcybanksterach? Ten, jakby wiedział wszystko, uśmiechnął się do ogłupiałych bojowników i rzekł cichym głosem:

– Tak, panowie, to mnie szukaliście, i oto jestem.

– To ty? – zdziwił się dowódca oddziału – Ty, bezsilny staruch, naprawdę rządzisz ta planetą? Trzymasz w swoich trzęsących się rękach armie, polityków, banki i korporacje? Słuchają cię fanatycy z IsiS i lobby naftowe? Wielkorusom umiesz rozkazywać? Europejską stabilność mącić?

– Tak, to ja – gorzko uśmiechnął się starzec. – No, nie jestem sam, mam świetnych pomocników – dodał po chwili, tonem wyraźnie szyderczym.

– Wydaj nam ich, a oszczędzimy twoje nędzne życie! – krzyknął dowódca.

– Zrobię to chętnie – powiedział spokojnie starzec – ale czy wy, najlepsi i najwierniejsi pomocnicy moi, gotowi jesteście tu oto zaraz umrzeć, zabijając się nawzajem? A zanim to zrobicie, zdążycie jeszcze wydać rozkaz, aby pozabijali się wzajemnie wszyscy ci, którzy was tu przysłali?

– Jak to?! – wykrzyknął komendant bojowników, wymierzając broń w starca a cały oddział natychmiast zrobił to samo. – My nie jesteśmy twoimi pomocnikami, jesteśmy twoimi wrogami!

– Mylisz się – odrzekł spokojnie starzec. Zanim mnie zabijesz, co dla mnie będzie nie karą, ale wyzwoleniem, pozwól, abym ci powiedział, dlaczego ty i tobie podobni, to moi pomocnicy najwierniejsi. Potem z radością przyjmę śmierć z waszych rąk, bo i tak za długo już tu jestem.

Zdezorientowani bojownicy ponownie opuścili broń, a starzec ciągnął dalej:

– Człowiekowi wygodnie, gdy ma wroga. Gdy mu coś w życiu nie wyjdzie,zawsze może wtedy powiedzieć: to nie ja, to wróg. Jak go zabiję, to na pewno mi zacznie wszystko wychodzić. Małoż to w dziejach ludzie wrogów nazabijali? A czy zaraz im się poprawiało? Niekoniecznie. Poprawiało się kilku spryciarzom, którzy odpowiednio naiwnych wykorzystali. A tych spryciarzy często dopadali ich wrogowie i przejmowali co tam wczorajszy spryciarz miał.

Tak zatem bez wroga żyć nie umiecie, bo przyznanie się, że czegoś tam nie potraficie zrobić, przekracza wasze możliwości. A że macie coraz większą moc do dyspozycji, wspomaganą maszynami i komputerami, przeto i wróg musi być coraz potężniejszy. No i jest taki – z waszych myśli i waszych lęków, które oblekacie w ideologie i religie, lęgną się twory naprawdę potężne: opresyjne totalizmy, drapieżne banki, bezwzględne korporacje, zbrodnicze państwa. Ale te twory żywią się wami samymi, waszą wiarą, i waszą nienawiścią. I doprawdy nie potrzebują żadnego NWO, ani żadnego spisku, przypominają ślepo schodzącą po zboczu lawinę… Zagarnia ona coraz więcej umysłów, rozrasta się i zmiata wszystko, co jej na drodze stanie, w tym oczywiście tych, którzy ją niebacznie ruszyli… Znacie historie o rewolucji pożerającej własne dzieci? No! Was też wasza rewolucja pożre, bo nie widzę siły zdolnej ją zatrzymać. Jej ofiarą padną najlepsi z najlepszych a przeżyją najpodlejsi z podłych. A kiedy zapytacie, jaki demon to sprawia – macie go przed sobą, kalekiego, bezsilnego starca, otoczonego bezwartościowym dla niego złotem. Tak, jestem waszym lustrem – we mnie widzicie swoją bezsiłę i swoją chciwość, niezdolną zrobić żadnego użytku z nagromadzonego bogactwa. Popatrzcie: aby dojść do mojej-waszej bezsiły i daremności, musieliście pokonać najsprawniejszych strażników. Pozabijaliście ich, więc w ich dysponentach i sprzymierzeńcach macie nowych wrogów, nowe NWO i nowe spiski… Ja – wasze krzywe zwierciadło – poza cierpieniem i utwierdzaniem się w gorzkiej, objawianej wam teraz mądrością nie mam tu nic do roboty.

Powiem wam coś jeszcze: nie jesteście pierwszymi, którzy przyszli mnie zabić. Było takich wielu. Nie pamiętam kiedy, nie mam tu zegara ani kalendarza… Wiem tylko, że wasi poprzednicy, wściekli, że nie da się ot, tak, zabić wroga a na jego trupie zrobić sobie raj, nawet nie wysłuchiwali mnie do końca, tylko biegli dalej, szukać tego prawdziwego arcyżyda, oberbankstera, czy jak go tam nazywali. Nie muszę chyba dodawać, że za długo sobie nie pożyli, bo kto szuka wroga, szybko go znajdzie i niekoniecznie zwycięży.

A teraz możecie mnie zabić. Już wam mówiłem, że dla mnie to będzie wyzwolenie, bo na głupotę i nienawiść z niej wynikłą doprawdy wystarczająco się już napatrzyłem…

Standard

Maj kaming ałt

Moda porobiła się na dramatyczne wyznania prawdy. Nawet księża najświętsi ochoczo ostatnio wyznają co tam który ma za koloratką; ujawniają się ćpuny, pijusy, seksoholicy, pokazują się ciele-brytki uzależnione od powiększania sobie dupska, o pospolitych pedrylach, lezbach, tranzolach i innych zbokach nie wspomniawszy. Oczywiście całe to wesołe towarzystwo jak już robi kamingałty, to obowiązkowo z należytą oprawą medialną.

To co ja, gorszy? Oto zatem moje dramatyczne wyznanie: jestem kulturoholikiem… Zboczenie to rzadkie, więc dla żądnych sensacji mediów tym smakowitsze i cenniejsze. Zasadza się na tym, że do osiągania satysfakcji (nie tylko seksualnej) uzależniony stale potrzebuje dóbr kultury, czyli filozofii, wiedzy, dzieł sztuki i określonego poziomu konwersacji. Jak tego nie ma, pojawiają się objawy odstawienne: deprecha, poczucie bezsensu świata jako takiego, jadowity sarkazm i chroniczna niechęć do wszystkich, których uzna się za głupszych od siebie.

Jak każde uzależnienie, także i mój kulturoholizm ma swój system maskowania kogoś uzależnionego w społeczeństwie. No, tak, bo taki na ten przykład zwykły pijaczyna – jeśli znany z tego że jest znany – to dla siebie i dla żądnej sensacji gawiedzi nie pijaczyna, bezmyślnie niszczący siebie i swojej otoczenie, ale „jednostka o dramatycznym losie”. Ćpuny to też nie ćpuny tylko „wyjątkowo twórczy wrażliwcy”, choć nie każdy ćpun to od razu Jimi Hendrix, oj, nie. Sporo elgiebetów poza swoim elgiebetstwem niczym się nie wyróżnia, ale nawet takie wyróżnienie z tłumu heteryków, nie mylić z heretykami, to szansa na zostanie kimś znanym i w konsekwencji kimś znanym z tego, że jest się znanym, e. t. c. Z tą chwilą pijaczyna, ćpun, czy inny zbok jaki staje się kimś godnym szacunku i standardy społeczeństwu ustanawia.

Kulturoholizm maskuje się bełkotem o połączeniu wrażliwości i uduchowienia. Kulturoholicy, aby ich nie zdemaskowano i nie skierowano na skuteczną zazwyczaj terapię „łopata-miotła-młotek-przecinak”, coś tam bredzą o niezbędności kultury, o duchowości i ciągłości pokoleniowej. Szpanują świeżo przeczytanymi książkami, omawiają je językiem dla plebsu niezrozumiałym – że niby tacy kulturalni oni. Miedzy sobą, jak nikt niewtajemniczony nie patrzy, chujami rzucają po horyzont a kurwami do stratosfery. Charakterystyczne dla kulturoholizmu oczytanie sprawia, że takie rzucanie na ogół ma pewne walory literackie, co jeszcze nakręca nieszczęśnikom ich chore poczucie wyższości nad nieuzależnionym, zdrowym otoczeniem. Wiem dobrze, o czym mówię, bom sam uzależniony i w ramach kaming ałtu zdradzam najgłębsze rynsztoki mego upadku.

Mawia się, że żeby wyhodować rasowego ćpuna potrzeba trzech pokoleń. Podobnie rzecz się ma z kulturoholizmem. Trzy pokolenia czytania książek, dyskutowania ich, przekazywania dzieciom nawyku czytania i przemyśliwania, i uzależnienie gotowe. I mamy kolejnego nieszczęśnika, co bez ętelektualnego wymądrzania się, bez ę-ą-bonton-ponton-pisuar, nie funkcjonuje, przemyka się opłotkami i rośnie mu wstyd. A tymczasem zdrowy element narodu karnie do kościółka zapierdala, nauk tam udzielanych pilnie słucha, żydem, murzynem, cyganem i pedałem brzydzi się jak należy, lemingozy nienawidzi jak Bóg przykazał, na kurwy chadza, jak od wieków chadzano, i na ętelygencika jebanego brechę przymierza.

Kulturoholicy w takiej sytuacji – jak wszyscy uzależnieni – albo cierpią w samotności, chyłkiem-ciszkiem modną książkę czasem przeczytają, ambitny film najnowszy obejrzą i udają, że nic się nie stało, albo znajdują kilku sobie podobnych i udają, że oni są „ci lepsi”, że to oni jedni mają rację. Jak to z urojeniami uzależnionych bywa, mylą się głęboko, rzeczywistość za oknem zupełnie nie pasuje do ich idealistycznych złudzeń, no, ale uzależnieni dalej się uzależniają, bo przecież na tym uzależnienie polega. I nie ma z błędnego koła wyjścia innego, jak tylko wciąż silniej rzeczywistość zlewać – albo kaming ałtu publicznego dokonać.

No! ulżyło mi! Mój blog, na którym niniejszym jeden z dramatycznych wyborów uskuteczniam, czyli rzeczonego kaming ałtu dokonuje, co prawda nie jest wysokonakładowy, ale ci, co go czytają, a trochę ich jest, na pewno życzliwie porozpowiadają, co to za ziółko z tego Zylbertala, dzieciom swoim gębę moją zboczoną pokażą i brzydzić się zbokiem nauczą. Pewnie znajda się też polityczniepoprawni, co powspółczują i z troską się pochylą. Na nich liczę najbardziej, bo pablisity mnie zrobią, i tym samym mój niskonakładowy kaming ałt urośnie do rangi wielkiego odkrycia, sławę przyniesie, standardy społeczne ustanowi i odium hańby odmieńczej zdejmie.

Standard