Simplicitas, sancta jak najbardziej

Druga połowa XIX stulecia to był w Europie czas wielkiego myślowego ciśnienia. Postęp nauki dał skuteczna medycynę znaną dziś, linie kolejowe, żeglugowe, telegraficzne i telefoniczne szybko zmniejszały świat do wymiarów „globalnej wioski”, początkujący socjaliści śnili o lepszym świecie, chwiały się trony i urzędy. A przede wszystkim – dał ten czas NADZIEJĘ. Szybkie rozchodzenie się informacji (już wtedy!) uświadomiło ludziom, że właściwie są wszędzie dość podobni, choć mówią różnymi językami i różnych wyznają bogów. Dlaczego zatem tę ludzkość, wszędzie dość podobną, rozdzierają konflikty? – pytano otwarcie. I oto pytanie takie zadał sobie skromny okulista urodzony w prowincjonalnym, acz wielokulturowym – więc i wielojęzycznym – Białymstoku. To oczywiście Ludwik Zamenhof, najświętszy być może ze świętych naiwniaków wszystkich czasów.

W każdej działalności twórczej, ukierunkowanej na dobro szeroko rozumianej Ludzkości jest taki moment, gdy twórca, porwany przez swoje natchnienia, odkleja się od rzeczywistości, sądzi, że jego wynalazek lub idea, mają moc zbawienia lub przynajmniej znaczącego udoskonalenia świata przez ową Ludzkość zamieszkałego. Ulegali temu najwięksi: Tesla, Pasteur, Lilienthal, Bell, Ciołkowski, Nobel… To oczywiście mniemania mocno na wyrost, w rzeczywistości po takich wielkich duchach ludzkości pozostaje mniej lub bardziej dopracowana technologia, która może stać się podstawą dla nowych perspektyw naszego gatunku, ale stać się nią obowiązkowo nie musi, albowiem jej zastosowanie zależy od decyzji użytkowników. Tu wielcy wizjonerzy XIX wieku ponieśli klęskę nader spektakularną, owoce ich natchnień, miast służyć Pokojowi i Postępowi, szybko zostały zawłaszczone przez stary porządek i posłużyły dwudziestowiecznym dyktatorom do realizacji ich ponurych mrzonek.

Z tej rzezi idei i wynalazków ocaleli nieliczni, w tym Ludwik Zamenhof właśnie.

Dlaczego on akurat? Zapewne dlatego, że jego esperanto zupełnie nie nadawało się do dzielenia ludzi, co jest podstawą wszelkich konfliktów i dyktatur na nich wyrosłych. Esperanto – już w samej swojej nazwie język nadziei przecież – miało owe podziały niwelować, do czego, z uwagi na swą łatwość i logiczność nadaje się wybornie. A po ludziach, dzięki prostemu do opanowania językowi dobrze się rozumiejących, dyktatorom i fanatykom nic. Oto dlaczego esperanto, choć zaistniało, choć przyniosło sławę i uznanie swemu twórcy, nigdy nie stało się tym, czym Ludwik Zamenhof chciałby aby się stało – językiem zjednoczonej planety. „Nie wykonana jeszcze dziejów-praca, nie prze-palony jeszcze glob, Sumieniem!” – wtórował tej wzeszłej, lecz nigdy nie spełnionej nadziei niemal współczesny Zamenhofowi Norwid.

Zamenhof nie był pierwszy, który śnił o uniwersalnym języku. Przed esperantem opracowano volapük, też mający być w założeniu „językiem planety”. Ale trzeba było dopiero inteligencji, wrażliwości i wiedzy Zamenhofa, żeby powstał twór naprawdę użyteczny. Jednak ani volapük ani esperanto nie mieściły się w tej osobliwej mentalności jaka pod koniec XIX stulecia owszem, chętnie stosowała nowe wtedy wynalazki… do starych celów, czyli udowadniania, który tu naród jest über alles. W takiej mentalności mieścił się bez trudu światowy tryumf języka angielskiego, jako języka najpotężniejszego podówczas imperium – ale dla antyimperialnego z najgłębszej swej natury esperanta miejsca w niej być nie mogło, no i nie było, i nie ma do dziś dnia.

Patrząc na dzieje najnowsze naszego gatunku, po prostu nie sposób nie zgodzić się z cytowanym tu już Norwidem:

“Cywilizacji dwie – widzę ustawnie:
Jedna, chce wszystko odkrywać na serio,
Druga, chce wszystko zakrywać zabawnie,
Świetną liberią!…

3
Odkrywająca?… wciąż idzie do słońca,
“Czekajcie! – mówi pokoleniom – bowiem
Gdy szereg odkryć mych spełnię do końca,
Coś – i wam powiem!…”

4
Zakrywająca?… cieszy znów inaczej –
Pokaż jej łez zdrój?… ona odpowiada:
“Nie trzeba zważać na to… co? to znaczy!…
Może deszcz pada?”

Nie ma wątpliwości, której cywilizacji uczestnikami byli i Norwid, i Zamenhof. Tego ostatniego cywilizacja „zakrywająca” potraktowała zresztą szczególnie okrutnie, bo ironicznie: ot, uroił sobie, prowincjusz jeden zatabaczony, jedność Ludzkości, a tu twardym realiom czoła stawiać trzeba, my tu mamy Prawdziwe Interesy do załatwiania, wróg u bram, drednoty po oceanach szaleją, a jakieś pięknoduchy jakieś esperanta wymyślają!.. No i żył Zamenhof w czymś w rodzaju złotej klatki, doceniony, sławny, nawet do Nobla w 1913 roku nominowany, lecz z gorzką zapewne świadomością, że nie tego pragnął.

A jednak… naiwniacy pokroju Zamenhofa nie powinni wymierać. Przeciwnie, powinni być przypominani i uświęcani. – Od ciemnoty nadmiernie pobożnej, od szaleństwa teorii spiskowych, od głupotą bezświadomą podszytej agresji, myśli najszlachetniejsze zawłaszczającej – chroń nas, duchu Ludwika Zamenhofa, najświętszego ze świętych naiwniaków!

Advertisements
Standard

One thought on “Simplicitas, sancta jak najbardziej

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s